Archiwum
RSS
czwartek, 07 sierpnia 2008
Łzy Eurydyke

 

 

Jean Delville, Orfeusz, 1893, olej na płótnie Collection de Anne-Marie Gillion Crowet, Bruksela

"Przeznaczeniem artysty jest być kapłanem i prorokiem” – tak twierdził autor tego obrazu, urodzony w Beligii, w 1893 roku Jean Delville. “Artysta to medium pomiędzy wulgarnościami świata materialnego a rzeczywistością idealną”, twierdził fundator Les Salons d'Art Idéaliste. Przejawy owej wulgarności znajdował Delville w formach sztuki utylitarnej, czyli we wszelkiego rodzaju malarstwie historycznym, portretowym, landszaftach i innych martwych naturach. Tematy godne prawdziwego artysty to symbole, metafizyka, mitologia.

Delville wyznawał neoplatonizm. Fascynował go okultyzm, brzydził darwinizm. Wierzył w reinkarnację. Był mistykiem. Jako neoplatończyk był przekonany, że ciało to więzienie duszy, która w podróży astralnej zdolna jest wspinać sią na wyższe szczeble istnienia - dzięki woli i sile duchowej, poprzez magię i wtajemniczenia. Artysta wierzył, że rytuały katolickie wcielają elementy takiej inicjacji i magi. Podobnie sztuka jest także rytuałem, który wiedzie do oświecenia.

Orfeusz to największy wśród śmiertelnych artystów. To Wielki Szaman – mroczny, tajemniczy. Tracki wędrowiec, który ustanowił misteria orfickie, po których zaginął ślad. Ten, który wtajemniczył ludzkość w misteria poezji i pieśni. Jak boski Hermes-Posłaniec, żeglujący po obrzeżach światów. Inny, zdolny poruszać uczucia ludzkie i – boskie. Ten, który posiadł język bogów.

Kochający miłością bogów, jako jeden z niewielu odbył podróż do zaświatów, by odbić swoją miłość – Eurydyke… Eurydyke? On, co swym śpiewem uciszał Syreny - nimfy, które nie ustrzegły boskiej Kore. Gdy bogowie z niego zakpili, albo, gdy człowiecza natura go zawiodła, odprzysiągł miłość do kobiety i pokochał chłopców. Kapłan Dionizosa, ze stygmatem śmierci, niczym Prometeusz, bezustannie rozszarpywany przez menady. Ten, który nie ma ojca - bożek miłości bez granic – miłości transgresywnej. W bezustannej podróży pomiędzy tym i tamtym światem. Kochanek gorejący.

I oto leży na dnie morza, w błękitnej poświacie. Trupia jego głowa, wtopiona w lirę. Człowiek to, czy przedmiot? Boskie naczynie. Medium. Jednocześnie kobiecy i męski, jak szaman, jak jego mistrz – Dionizos. Ocean, na którym pobłyskują gwiazdy. Sztuka, to dar transcendencji, a artysta płaci za niego cene samowyrzeczenia.

Muszle i kamienie na dnie morskim. Głowa Orfeusza oprawiona w lutnię, spoczywa miękko, jak głowa Meduzy. Bo istotnie nie ma różnicy pomiędzy artystą a potworem – oboje są przebóstwieni i należą do Innych, nieludzkich porządków. Meduza, porażająca swoim spojrzeniem. Artysta, jak Meduza, jak głowa Chrzciciela, przeszywa wzrokiem ciało, docierając do dna duszy. Artysta – szaman. Ten, który widzi. Ten który wie.

Orfeusz śpi. Sypią się ziarenka granatu - łzy Eurydyke. Nie budźcie go.

Hermetia (http://blogali.wordpress.com/)

19:08, flygymutra
Link